Problem z mangami-tasiemcami jest taki, że potrafią się ciągnąć w nieskończoność, jeśli jest zainteresowanie od strony czytelników, a co za tym idzie - jeśli jest zysk ze sprzedaży tomików czy akcesoriów. Komercyjna strona tego typu wydawnictw zazwyczaj działa niekorzystnie na samą mangę i jej jakość. Obecnie czytanie kolejnych chapterów Bleacha jest dla mnie (i zapewne dla innych też) istną katorgą. Stąd właśnie podjąłem decyzję, by się nie zabierać do tasiemcowych serii, które nie są jeszcze ukończone (już planuję zrobić wyjątek od tej reguły i pochłonąć wszystkie dotychczasowe rozdziały Gintamy). Jedną z takich serii stał się Shaman King autorstwa Hiroyuki Takeiego.To manga typu shonen, to jest - rysowana z myślą o chłopięcym, skośnookim pacholęciu, co w mangach szuka kultywowania przyjaźni, nabijania kolejnych power leveli, lekkiego humoru bądź też zwyczajnej akcji. Charakterystyczne jest tworzenie rozbudowanych uniwersów, gdzie elementy kultury zachodniej mieszają się ze wschodnią. Także Shaman King przedstawia koncepcję świata współczesnego, gdzie żyją szamani, czyli osoby zdolne do komunikowania się z duszami zmarłych czy z przyrodą jako taką. Zaczyna się oczywiście lekko i rześko, potem namnaża się nam różnych postaci i nowych wątków, z czego główny dotyczy międzynarodowej walki szamanów, która ma wyłonić przyszłego króla szamanów - istotę, która po zjednoczeniu się z Wielkim Duchem zyskuje nieograniczoną władzę i wiedzę całego wszechświata. Fajna sprawa.
Początkowo manga rozwija się prawidłowo. Autor postawił sobie konkretne przesłanie całości, mianowicie kultywowanie otaczającej nas natury. Głównymi protagonistami są Yoh Asakura - młody adept szamanizmu oraz Manta, jego przyjaciel ze szkoły i jednocześnie postać, która zyskuje ode mnie znak jakości Q w kwestii designu. Mały blondynek o wielkich oczach kryje w sobie niesamowite pokłady ekspresji, jakże stojące w kontraście do opanowanego Yoha. Można powiedzieć, że się znakomicie uzupełniają. Ciekawy zresztą pomysł, takie rozbicie najważniejszych cech głównego bohatera shonen na dwie postacie. Szkoda tylko, że ich współpraca nie została rozwinięta i pociągnięta do końca w tak dobrej jakości, jak na początku. W momencie rozpoczęcia Walk Szamanów Manta nie pojawia się przez dłuższy czas, potem autor wciska go już na siłę. Co mnie smuci i lekko wpienia, liczyłem, że karzełkowi też coś skapnie z szamańskich umiejętności i co nieco pokaże. Najwyraźniej Manta miał być od początku do końca postacią, której charakter jest najbliższy potencjalnemu czytelnikowi - bez supermocy i z problemami typowego nastolatka.
Jak z pozostałymi protagonistami? Osobliwą personą będzie zdecydowanie Ryu - pojawia się już w pierwszym rozdziale jako typowy antagonista pierwszorozdziałowy, o którym natychmiast się zapomina. On natomiast twardo przewija się w kolejnych, początkowo w ramach komizmu mangi, później zaś okazuje się stopniowo odsłaniać kolejne umiejętności szamańskie do tego stopnia, że bierze udział w Walce Szamanów i towarzyszy Yohowi aż do końca jego podróży. Aż się prosiło, by jego miejsce zajął Manta. Najwyraźniej zwyciężyła fizjonomia Ryu oraz jego nieustannie deformowana fryzura - w sumie tylko on i Faust VIII mają dorosły wygląd.
Z pozostałych warto wspomnieć o Annie Kuroyamie, narzeczonej Yoha i bodajże jedną z ciekawiej skonstruowanych postaci żeńskich w shonen mandze. Jest silna, zdecydowana, ma ciekawą przeszłość i całą masę konkretów do powiedzenia, czyli to, czego nie mają wszystkie kobiety z Naruto razem wzięte. Sympatię moją również budzi duch Yoha, czyli samuraj Amidamaru. Wierny, przyjazny, opanowany i BARDZO KONKRETNIE ZBUDOWANY. Zapomnijcie o Kenshinie - tak powinien wyglądać dobrze wyćwiczony samuraj w pełnej zbroi.
Cała reszta postaci to shonenowy standard - Tao Ren, pełniący rolę "Vegety", narutopodobny Horohoro, łudząco podobny do niego Chocolove, tyle że czarny, mroczny Faust VIII, nekromanta i znienawidzony przeze mnie emo Lyserg, który miał ambicje robić za "mózg" drużyny, a skończył jako targana emocjami sierotka (którą to funkcję winien w sumie objąć Faust).
Mówiłem o dobrym początku. Niestety, od momentu pojawienia się głównego antagonisty, całość zaczynała się rozmywać w pojedynczych, nudnych walkach, pełnych stereotypowych dialogów i oklepanych zwrotów akcji (wyjątkiem od tej reguły były zwykle potyczki, nagle przerwane w wyniku zmiany scenariusza, co dało się dość łatwo zauważyć). Postacie, które od tego momentu zaczęły dołączać do drużyny, postacie przeciwników - sprzymierzonych z tym złym i niedobrym Hao, X-Lawsy i cała reszta pajaców, mechów, landrynek, kosmitów - są nieuporządkowane i ograniczone w swych zachowaniach. Nie jest to dziwne, przy tak nagłym ich natłoku nie ma siły, by każdy z nich przejawiał indywidualne, ciekawe cechy. Żal na przykład Chocolove, żal Lyserga, bo potencjał drzemał w nich świetny. Tym bardziej niezrozumiała dla mnie była tendencja do utrzymywania przy życiu każdej, nawet najmniej potrzebnej postaci - wątek Fausta rozwiązał się dość szybko, a mimo to szlajał się po tych stronicach dalej; nie powiem, jego umiejętność wskrzeszania okazywała się nad wyraz przydatna. Tylko co z tego, skoro gdy w końcu kopnął w kalendarz, okazało się, że Yoh, przejąwszy jego ducha również zyskał tę moc?
To mnie właśnie zastanawia - po co wskrzeszać postać, skoro jej duch tak naprawdę nie ginie? Może by miała szansę wykazać się w tej astralnej formie, albo zrobić coś, czego w fizyczny sposób nie byłaby w stanie dokonać? W tak ciekawie urządzonym świecie aż prosi się, by wykorzystać drzemiący potencjał szamanów i nieco urozmaicić ich przygody. No ale wiadomo, terminy potrafią zabić nawet najbardziej płodnych artystów.
Wspomniałem o mechach. Co to za manga bez mechów, jak to mawiają... cechą charakterystyczną późniejszych rozdziałów jest wmieszanie również gigantycznych maszyn do świata szamanów jako specjalne rodzaje dusz. Właściwie to nie są maszyny... no ale wygląd mają iście "maszynowy". Wkrada się tu zainteresowanie fantastyką naukową i, trzeba przyznać, jest w pewnej chwili tej całej maszynerii za dużo, jak na świat, który "rządzi się prawami natury". Oczywiście im więcej zróżnicowania w mandze, tym lepiej, ale w tym wypadku czułem się przeciążony potyczką z Golemem czy walkami X-Lawsów. Ciekawostką jest, że kolejne mangi autora, w tym stworzona w kooperacji ze Stanem Lee od Spider-Mana, obracają się w świecie science-fiction. Kiedyś się zapoznam i ocenię, czy autor lepiej się czuje w takim uniwersum.
Kreska jest w porządku. Design postaci jest niekiedy lepszy od jej charakteru; więcej wyraża o niej samej, niż jej zachowanie. Kadrowanie poszczególnych walk przyprawia niekiedy o ból głowy, ale generalnie jest przejrzyście i płynnie z niewielkimi wyjątkami. Głównie przy niekiedy wymuszanym humorze w późniejszych tomach. Wiadomo, akcja robi się coraz bardziej dramatyczna i już niełatwo wciskać tam wszelakie dowcipy, zwłaszcza jak nie ma Manty... problemem bywała również zmienna jakość kreski i utrata tego charakterystycznego stylu z pierwszych tomów na rzecz typowego shonenu. Może w początkach brakowało dynamiki, ale przemyślane kompozycje kadrów nadrabiały ten ubytek. Później zaś kadry zaczęły zajmować całą stronę i rozpoczęła się era nadmiernego wypychania rozdziałów, która na całe szczęście nie zdołała osiągnąć poziomu Bleacha.
Fabularnie Shaman King niepotrzebnie się gmatwa i sam sobie dołki kopie. Zwroty akcji są niekiedy dość dosadne, nagłe i ostre, w jednej chwili ktoś ginie, w innej ktoś rezygnuje, jeszcze później ktoś zdradza, taki tam standard do trzymania w napięciu. Ale nie wpływa to jakoś drastycznie na relacje postaci, ma się wrażenie, że się kolesie przez chwilkę gotują w tej zupie, zupełnie niewzruszeni, by w chwilę później samemu skosztować trochę i odczekać, aż wystygnie i wszystko się wyreguluje. Hm, może jaśniej. Czytając kolejne tomy, odnosi się zbyt nachalne wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą autora, a same postacie niewiele mają do gadania. Zaprawdę, co i rusz napotykają na jakąś przeszkodę, która tak naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, bo sama ich ominie, albo sytuacja odwrotna, albo jeszcze coś innego... żeby chociaż walki potrafiły nasycić pozytywnym odbiorem, ale one również są budowane według podobnego schematu. Ciekawe natomiast sprawa ma się z "poziomami mocy" bohaterów - ostatecznie najsilniejszy okazał się mało istotny Chocolove, Yoh był dość daleko za nim w tyle. Co w sumie miało znaczenie w momencie wyjawienia, że takowe poziomy mocy w ogóle istnieją, a znaczenie mieć przestało później, gdy wyszło, że istotna jest masa innych rzeczy. Jak na przykład Oversoul, który rżnie z bleachowego Bankaia... nie, na odwrót. No ogólnie to taki typowy powerup, pod tym względem SK wyróżnia się zróżnicowaniem Oversoulów, ale w zasadzie nic poza tym. Używanie każdego z nich, choć różne, sprowadza się głównie do poziomów mocy.
Wszystkie opisane wyżej problemy z Shaman Kingiem można zrzucić na karb podupadającego zdrowia autora, który musiał w pewnej chwili zrobić sobie przerwę. Szkoda, że nie zrobił jej sobie przed ostatnim wątkiem, tylko w trakcie jego trwania. Członkowie Plemienia okazali się najciekawszymi przeciwnikami w całym Shaman Kingu. Mimo stereotypowego przydzielenia im mocy poszczególnego żywiołu oraz stopniowej walki z każdym z osobna, ostatnie rozdziały z nimi czytało się przyjemniej niż cokolwiek w trakcie trwania całego Turnieju Szamanów, czyli bagatela, kilkanaście tomów. Tam dopiero każdy z bohaterów wykazał się najlepiej, jak umiał - bez jakichkolwiek interwencji autora czy postaci trzecich. Zaś finalna potyczka to istny majstersztyk - batalia iście epickich proporcji, dorównujących tym z finału Tengen Toppa Gurren Lagana. Wiecie rzucanie się galaktykami i czarnymi dziurami. Tego typu klimaty.
Rozdział na tę potyczkę to ponad 70 stron, z czego 50 to czysta akcja, perfekcyjnie narysowana, bez zbędnych przedłużaczy czy antyklimatycznych zabiegów. Reszta zaś to skonfrontowanie Hao (o, pierwszy raz pada imię głównego antagonisty) ze wszystkimi postaciami, jakie się przewinęły w Shaman Kingu. Czy można sobie wyobrazić lepsze podsumowanie tasiemca?
Shaman King to typowa manga tasiemcowa o ciekawym początku i nudnym rozwinięciu. Natomiast miażdżące, dopracowane zakończenie to wręcz ewenement w przypadku serii, które nierzadko są nagle przerywane. Przygotowywałem się na bardzo negatywną recenzję, ale grande finale kompletnie mnie zaskoczyło. Jednocześnie zaś nie jestem w stanie polecić każdemu brnąć przez te 300 rozdziałów, z których może 50 jest wartych lektury.
Ocena: Może Tak.
Debił: SZONEN SSIE
Uucker: Faust...
MisQ: MANTA!
Makkuro: Czy mi się zdaje, czy w mangach shounen istotne są tylko postacie?
Zabby: Toporne to dość
